Taki tam wyjazd z moim kochanym kolarzem do koleżanki. Oczywiście zupełnie do niego nie pasowałam ani formą ani strojem :( Ale jakoś musiałam dawać radę.. Najlepsza jazda na szosie pełnej ciężarówek. Przebita dętka.. Dobrze że zauważyłam jak tylko wyjeżdżałam od koleżanki a Konrad zakleił ♥ Bardzo przyjemny dzień.
Na początku, około godziny 13 3 km po których chciałam dopompować opony, ale rower mnie znokautował. I się na niego obraziłam na kilka godzin. Wróciłam dopiero po 18 i dokręciłam do ośmiu. Cały czas towarzyszyły mi mżawki.
W moim obecnym stanie nie powinnam wsiadać na rower... Ale jak sie zachciało to ciało nic nie miało do powiedzenia. Wybrałam się po obiedzie i deserze, ale na pewno nie w formie i stanie fizycznym.. Skończyło się na uczuciu słabości po pierwszym kilometrze i nie pomógł nawet bidonik z malinowym sokiem. Wiedziałam że muszę wrócić do domu a wiatr nie dał wykręcić więcej niż 6km. Jutro bedzie lepiej..
Pogoda wybitnie nie dopisywała w tym tygodniu, 1 raz pojechałam do szkoły we wtorek, rower przyprowadziłam do domu dopiero wczoraj. Trasa tylko z wtorku, wczoraj nie mogłam znaleźć licznika w torebce, nie może być inaczej, w końcu jestem kobietą. W zamian za licznik miałam baardzo miłe towarzystwo w postaci mojego chłopaka, który tak z nudów wpadł do mnie.