Nie wiedziałam, że wyjeżdżając z domu można jechać taką świetną drogą.. Mimo krótkiej trasy wycieczka śwetnie pomogła mi spalić (a przynajmniej zaakceptować kalorie) obiad i deser.
Okropny upał, beznadziejna pogoda na rower, ale cóż, jak ciągnie.. To nic że nogi bolą.. przydałby sie jakiś odpoczynek, bo to jak na razie zbyt duże obciążenie na moje niewyćwiczone nogi.
Po szkole kolejne odwiedziny salonu Orange, macanie wybranego modelu telefoniku, kalkulacja najkorzystniejszej oferty itp. Jak sie okazało mogę wziąć droższy abonament, wystarczy ze przeniosę numer z innej sieci i wyjdzie taniej. A na tym mi właśnie zależało. Co do jazdy, i rano, i w południe wiatr prosto w twarz. Już myślałam ze jak rano wieje w jedną, to przez kilka godzin nie zmieni kierunku.. A tu niespodzianka. Nóg nie czuję ale ogólnie samopoczucie świetne :)
Dziś przekonałam się, że dojazd autobusem i rowerem do szkoły zajmują tyle samo czasu, więc stanowczo wybieram rower. Szczególnie że nie mam ograniczonych godzin powrotu. W drodze powrotnej duży wiatr, po raz kolejny..
Rankiem brak słońca, ale też wiatru nie było, przyjemna jazda. Gorzej w drodze powrotnej. Wiatr prosto w twarz, nie dało się jechać więcej niż 14km/h. Piwersza taka wyprawa do szkoły, mam nadzieję, ze nie ostatnia.
Piękna pogoda, i w sumie kiedy ma się marny wybór między uzewnętrznianiem uczuć w postaci płaczu a posadzeniem dupy na rower i zaczęciem treningów. Wyciagnęłam mój nienadający się do niczego, ośmioletni komunijny rower, poużalałam się nad tym, ze muszę przed każdym wyjazdem pompować koła bo powietrze ucieka, i ruszyłam. Wyszło z tego że wcale nie jestem taka zła i jeszcze byłoby coś ze mnie gdybym miała motywację taką jak kilka tygodni temu. Ale życie robi swoje i albo sama przestanę być leniem albo nic z tego nie wyjdzie. Dziś był pierwszy krok, wcale nie taki najtrudniejszy. Mimo wiatru jechało sie bardzo lekko i przyjemnie. Na ostatniej prostej jakiś owad zaatakował moje oko i kłuje mnie do teraz. To oprócz beznadziejnego sprzetu jedyny minus wycieczki.